Pamiętniczku mój najdroższy!
Odkąd pamiętam, Vega nie chciała ze mną współpracować, zawsze coś było nie tak. Nawet jeśli jazda i praca na pastwisku wydawały się być w porządku i przebiegały zgodnie z planem, siodłanie, czyszczenie lub prowadzenie nawalało. Z czasem zaczęłam z nią głębiej pracować, zaczęła powoli mi ufać, zaczęła słuchać. Któregoś pięknego dnia, postanowiłam dopiąć popręg tak, jak na galop, wszystko było w porządku dopóki...
...dopóki pas popręgowy westernowej hiszpanki się nie urwał - koń wystraszył się popręgu przejeżdżającego mu po nogach i ruszył przed siebie (oczywiście zostawiając mnie na ziemi razem z siodłem). Od tego dnia nic nie szło po mojej myśli. Wiecznie wpychała mnie w płot, ogrodzenie lub inne drzewo, zrzucała, nosiła i ogółem nie słuchała. Zaczynałam się jej bać, a właściwie nie jej, a upadku z niej - gleby czy mniejsze skaleczenia zaczynały być czymś normalnym podczas naszej jazdy, do czasu gdy podczas treningu obie runęłyśmy na ziemię. Koń na jakiś czas się ogarnął, ale nie oznaczało to, że Vega się uspokoi, o nie. Przez jakiś czas był spokój, po czym zaczęła się zabawa z płotem. Klacz stwierdzała że koniec jazdy, oznajmiała to w ciekawy sposób - otóż szukała na tyle wysokich gałęzi by wwieźć w nie osobę na niej siedzącą, czasem był to płot, rzadziej ogrodzenie z metalowej siatki. Zwykle było to coś z materiału nieelastycznego. Jej rytuał za każdym razem wyglądał tak samo: wejść w to, przygnieść nogę jeźdźca, oprzeć się całym ciałem o upatrzony element, napierać i zmusić jeźdźca do bolesnego zejścia. Kiedyś weszła w siatkę, ogrodzenie pod ciężarem jej ciała ugięło się, a ona poślizgnęła i znów wylądowałyśmy na ziemi (tylko tym razem ja zdążyłam się ewakuować wcześniej).
Ogólnie rzecz ujmując kobyłka była nie do zniesienia, miała swoje humorki i nijak nie dało się jej przekonać do współpracy. Rzucała zadem, często dembowała, nie tylko z ziemi podczas lonży, ale z początku pracy też pod siodłem, dużo baranowała i kopała, nie dawała nóg i nie lubiła się czesać.
Regularna praca i zabawy - tak pokazałam jej że może być inaczej. Jednak nie zmieniło to jej podejścia do pracy w siodle, owszem - złagodniała, ale nadal stawiała się.
Dziś to się zmieniło.
Ogólnie rzecz ujmując kobyłka była nie do zniesienia, miała swoje humorki i nijak nie dało się jej przekonać do współpracy. Rzucała zadem, często dembowała, nie tylko z ziemi podczas lonży, ale z początku pracy też pod siodłem, dużo baranowała i kopała, nie dawała nóg i nie lubiła się czesać.
Regularna praca i zabawy - tak pokazałam jej że może być inaczej. Jednak nie zmieniło to jej podejścia do pracy w siodle, owszem - złagodniała, ale nadal stawiała się.
Dziś to się zmieniło.
A zaczęło się tak...
Przyjechałam razem z Willem do malutkiej. Okazało się że dostała 2 bele siana, a miało być siano wykluczone z diety - konik dużo, za dużo waży... Poza tym 2 BELE?! A najlepsze jest to, że właściciel osobiście rano sprawdził boks i była tylko słoma. No nic, poszłam po konia na pastwisko, kompletnie miała mnie gdzieś, co było dziwne, bo zawsze reagowała na mój głos i chętnie podchodziła. Pół godziny same + marchewki, możliwe że to przez to siano jej się poprzewracało w głowie. Moje kochanie przyniósł mi kask, a ja się z nią przez te pół godziny bawiłam, w końcu zaczepiłam wodze o kantar, założyłam kask i chciałam wskoczyć - znalazłam niewielkie podniesienie i stamtąd wskoczyłam. Mały fail - trzeba jakoś bramę otworzyć, a ta ma 2 zapięcia - jeden sznurek, drugi drut i wszystko jest nieosiągalne z grzbietu konia. Musiałam zejść, otworzyć, wziąć kobyłkę z powrotem w tamto miejsce i wskoczyć z powrotem. Pospacerowałyśmy sobie troszkę po pastwisku aż w końcu wyjechałyśmy z niego. Grzeczna moja maleńka! Tak przynajmniej myślałam...
Pod stajnią - czyszczenie ok, w porządku, mycie zadka i brzuszka ok, jeszcze ujdzie. Oczywiście koń musiał w końcu się tak ubrudzić żeby trzeba było konia wykąpać, bo "BRUDNY KOŃ TO SZCZĘŚLIWY KOŃ".
<MyJeMy SiĘ>
Postanowiłam szybciej ją wysuszyć - wzięłam ją na spacer. Tak nieznośna jeszcze nigdy nie była, pociągnęła mnie 3 lub 4 razy. Wyszła na mały pagórek (bo tam pewnie lepsza trawa), ja ją przyciągnęłam, bo chciałam wziąć ją gdzie indzie, bliżej domu, a ona NASKOCZYŁA na mnie! Stwierdziłam że nie będę narażać życia na tym spacerze, pogoniłam ją tylko kłusem wokół siebie (wyszłyśmy na lonży na spacer) i wróciłyśmy przed stajnię.
Czas zająć się osprzętem. Zakładanie siodła - jeszcze jest spokojna i nagle suprise! Musiała dostać więcej tego siana kiedyś, bez naszej wiedzy, bo popręgu nie da się nawet na 1sze dziurki zapiąć, a normalnie dało się zapiąć na 1sze z prawej i na 3 z lewej. Koń przy tym niespokojny, chodzi, kręci się dookoła siebie. Już czułam że coś nie tak, zresztą przed chwilą mnie pociągnęła i naskoczyła na mnie. Zapięliśmy jeden pasek popręgu na 1szą dziurkę z lewej, Will musiał chodzić z nią po gospodarstwie, żeby spuściła troszkę powietrza. Po 10 minutach spacerowania i jakiś 5 męki z zapięciem w końcu się udało. Zapięliśmy siodło - przy Vedze to naprawdę spory wyczyn. Wzięłam ją na lonżę, a mój kochany mężczyzna dokończył robić z boksem.
Na lonży koń był niesforny, nie chciała słuchać, rzucała zadem, próbowała się wpychać na człowieka stojącego w środku. To ją pogoniłam:
"Jak się zmęczy, to się uspokoi" pomyślałam. Przez chwilę miałam rację. Dopięłam popręg, a potem pół godziny ja z nią pracowałam, różnie. Najpierw ćwiczenia na "spuszczenie pary", a potem na rozluźnienie i w końcu wypinacze (ale na kontakt). Dużo przejść, dużo myślenia (przynajmniej powinno być). Will przyszedł, chce się chłopina nauczyć lonżować, to przekazałam mu sznur, ale ja miałam bat. Zaczęła na niego wchodzić:
-Trzymaj ją sobie teraz mocno, bo Cię zaraz szarpnie - ostrzegłam chłopaka
-Dobrze, a co Ty teraz masz zamiar zrobić?
-Pokażę jej kto tu rządzi.
-A, ok... nie no... No... No dobra...
-Pokażę jej kto tu rządzi.
-A, ok... nie no... No... No dobra...
Wzięłam bat do ręki, Willowi dałam ostatnie wskazówki co do trzymania lonży i zaczęłam ją gonić na galop. Po chwili i on załapał o co chodzi, choć miał ciekawy widok:
Vega na lonży galopująca ile sił, a tuż obok niej niezbyt wysoka dziewczyna imitująca chód galopu. Wszystko dzieje się tuż przy nim. Vega odpuszcza, to i ja zwalniam. Przekazałam mężczyźnie bat, wyjaśniłam jak ma się nim posługiwać i jak to połączyć z pracą na lonży i samą lonżą. 15 minut później jasno brązowy chłopak sam pracował z koniem i szło mu nieźle, naprawdę. Gdy pracował samodzielnie ze zwierzęciem, ja sobie siedziałam na trawie i wydawałam polecenia. W końcu kazał przejść jej do stempa. Rozpięłam wypinacze.
Powiedziałam żeby nie dał sobą rządzić i że idę tylko po moją "zbroję" (chodzi o kamizelkę jeździecką). Wracając słyszałam jak ją goni
"Brawo, nie dałeś się, ale czemu ją gonisz?" - myślałam.
-Nie uwierzysz co się stało. - oznajmił
-Mianowicie? - spytałam
-Przewaliłem ją
-Jak to przewaliłeś?!
-Przypadkiem. Telefon mi wypadł, chciałem podnieść, żeby nie zdeptać, a Vega zaplątała się i zanim się zdążyłem zorientować leżała na ziemi.
-ym... - zaskoczona byłam, nie wiedziałam co powiedzieć.
Po chwili jak ja ją wzięłam wpychała się na Willa, nie wiedzieć czemu. Kazałam więc ponowić przewalanie, jednak teraz naumyślne. Mężczyzna wziął lonżę, zmusił ją do położenia się, ja szybko zareagowałam, zaczęłam uspokajać konia już leżącego. Owszem, wygląda to drastycznie, ale nic się koniowi nie dzieje, poza tym, że jest to stara metoda "na mustangi", tak na zachodzie pokazują wyższość mustangom (te niezwykle ciężko uziemić). Żeby pokazać koniowi że nie chce się źle, uspokaja się go w stanie leżącym, głaszcząc po szyi, łbie, nogach, brzuchu. Tak też zrobiłam. Nie wygodnie mi się siedziało na siodle, będąc odwróconą do konia w niekomfortowy sposób. Przełożyłam więc nogę tak, żeby jakby siedzieć na siodle, ale oplatać Vegę pod sobą. Tą drugą nogą chciałam się podeprzeć, kobyła możliwe że wzięła to jako sygnał wstawania - bo podniosła się, dźwignęła na przodzie i delikatnie uniosła zad, podnosząc jednocześnie mnie na sobie do góry.
Chwilę tak stałyśmy, ja w pełnym szoku z powodu tego, co właśnie się stało. Zeszłam, poklepałam i wygłaskałam. Niestety, ona uczy się schematem "2+1" - to znaczy 2 razy trzeba powtórzyć, by za 3 razem wiedziała o co chodzi. Powtórzyliśmy to, ale bez mojego siedzenia podczas wstawania konia. Po wszystkim sprawdziłam czy jej nogi są w porządku - nic się nie działo. Rozstempowaliśmy ją, i wsiadłam.
Do tej pory koń się wiercił i chodził podczas wsiadania, a dziś? Ani drgnie! Uległa całkowicie!
-Stemp. - powiedziałam pod nosem i delikatnie dodałam łydki, koń ruszył
-Kłus. - sytuacja się powtórzyła też z kłusem.
Popracowaliśmy więc z nią jak zawsze, przejścia, zebrania, wydłużenia kroków. Chwila stempa i zagalopowanie. Zazwyczaj na bacik za łydką reagowała baranem takim, że nie dało się wysiedzieć a teraz? O połowę lżej! Ale nie może się nauczyć że baran to coś dobrego.
Więc: baran - bacik, baran - bacik i nowość, nie oddała na 2 bat, zagalopowała. Okrążenie galopu i do kłusa. Potem dłuższa chwila stempa.
Zmieniliśmy stronę i powtórzyliśmy to, ale tu nie było baranowania.
Potem kłusowałyśmy chwilkę same, bez zbędnych sznurków i dziwnych sztywnych cosiów zwanych lonżą i batem. Jak marzenie! Koń marzenie! Na rozstępowanie poszłyśmy w mały terenik, obie to uwielbiamy. Po tym postanowiłam chwilkę jeszcze ją stempować, ale na oklep.
-Miyu?
-Tak Will?
-Jak to przewaliłeś?!
-Przypadkiem. Telefon mi wypadł, chciałem podnieść, żeby nie zdeptać, a Vega zaplątała się i zanim się zdążyłem zorientować leżała na ziemi.
-ym... - zaskoczona byłam, nie wiedziałam co powiedzieć.
Po chwili jak ja ją wzięłam wpychała się na Willa, nie wiedzieć czemu. Kazałam więc ponowić przewalanie, jednak teraz naumyślne. Mężczyzna wziął lonżę, zmusił ją do położenia się, ja szybko zareagowałam, zaczęłam uspokajać konia już leżącego. Owszem, wygląda to drastycznie, ale nic się koniowi nie dzieje, poza tym, że jest to stara metoda "na mustangi", tak na zachodzie pokazują wyższość mustangom (te niezwykle ciężko uziemić). Żeby pokazać koniowi że nie chce się źle, uspokaja się go w stanie leżącym, głaszcząc po szyi, łbie, nogach, brzuchu. Tak też zrobiłam. Nie wygodnie mi się siedziało na siodle, będąc odwróconą do konia w niekomfortowy sposób. Przełożyłam więc nogę tak, żeby jakby siedzieć na siodle, ale oplatać Vegę pod sobą. Tą drugą nogą chciałam się podeprzeć, kobyła możliwe że wzięła to jako sygnał wstawania - bo podniosła się, dźwignęła na przodzie i delikatnie uniosła zad, podnosząc jednocześnie mnie na sobie do góry.
Chwilę tak stałyśmy, ja w pełnym szoku z powodu tego, co właśnie się stało. Zeszłam, poklepałam i wygłaskałam. Niestety, ona uczy się schematem "2+1" - to znaczy 2 razy trzeba powtórzyć, by za 3 razem wiedziała o co chodzi. Powtórzyliśmy to, ale bez mojego siedzenia podczas wstawania konia. Po wszystkim sprawdziłam czy jej nogi są w porządku - nic się nie działo. Rozstempowaliśmy ją, i wsiadłam.
Do tej pory koń się wiercił i chodził podczas wsiadania, a dziś? Ani drgnie! Uległa całkowicie!
-Stemp. - powiedziałam pod nosem i delikatnie dodałam łydki, koń ruszył
-Kłus. - sytuacja się powtórzyła też z kłusem.
Popracowaliśmy więc z nią jak zawsze, przejścia, zebrania, wydłużenia kroków. Chwila stempa i zagalopowanie. Zazwyczaj na bacik za łydką reagowała baranem takim, że nie dało się wysiedzieć a teraz? O połowę lżej! Ale nie może się nauczyć że baran to coś dobrego.
Więc: baran - bacik, baran - bacik i nowość, nie oddała na 2 bat, zagalopowała. Okrążenie galopu i do kłusa. Potem dłuższa chwila stempa.
Zmieniliśmy stronę i powtórzyliśmy to, ale tu nie było baranowania.
Potem kłusowałyśmy chwilkę same, bez zbędnych sznurków i dziwnych sztywnych cosiów zwanych lonżą i batem. Jak marzenie! Koń marzenie! Na rozstępowanie poszłyśmy w mały terenik, obie to uwielbiamy. Po tym postanowiłam chwilkę jeszcze ją stempować, ale na oklep.
-Miyu?
-Tak Will?
-Pomyślałabyś że tak mogłoby się kiedyś stać?
-Bałam się że będę musiała ją przewalić, bo nie zachowywała się jak koń i nie miała korygowanych podstawowych zachowań. Ale nie sądziłam że tak szybko się to stanie.
-Dobra kobyłka - poklepał ją.
-Owszem - przyznałam mu rację, mówiąc to schyliłam się do słodkiej Veg, by ją przytulić - najwspanialszy koń na świecie!
-Dobra kobyłka - poklepał ją.
-Owszem - przyznałam mu rację, mówiąc to schyliłam się do słodkiej Veg, by ją przytulić - najwspanialszy koń na świecie!
<WiAdRo FaJnA rZeCz>

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz