Kochany przyjacielu!
Właśnie wróciłam od księżniczki!
Niesamowite! Zaczęłam jej wdrażać interwałowy trening wytrzymałościowy, ale o tym za chwilę.
Mój Will wspaniały ugadał właściciela żeby nic mi nie mówić o klaczy (z właścicielem miałam umowę, że jak koń będzie to mam sms, że przyjechała). Niespodzianka się udała! Tata Willa nas podwiózł do konia, Przyszłam do konia, moja w sadzie, boks obok zamknięty, a w stajni coś PARSKA! Weszłam do stajni a tam druga klacz!
Kochany pamiętniku!
Na śmierć zapomniałam opowiedzieć Ci o ostatniej wyprawie do konia. Byłam u niej 19 listopada. Jestem z niej dumna! Wyrobi się jeszcze. I właściciel powiedział że będzie drugi koń! Nie mogę się doczekać!
Kochany pamiętniku!
Wizyta u małej w sobotę przebiegła prawie rutynowo. Prawie - bo zimno i ślisko, oraz prawie - bo inne miejsce pracy. Tym razem pracowałyśmy na gospodarstwie, w towarzystwie Willa.
Przyjechałam do niej rano, naprawdę rano, bo byłam przed 8:30 w stajni. Pogoda była nijaka i zimna, padał albo deszcz w formie mżawki, albo deszcz ze śniegiem. Błotko wszędzie i pod każą możliwą postacią! Nawet ścieżka kamienista, z ogromnych kamieni nic nie daje w takie dni.
Poszłam do stajni - o matko, tam cieplutko! Mała stała grzecznie w boksie. Postanowiłam ją wyczyścić i osiodłać w boksie.
Kochany pamiętniczku mój.
Byłam u małej w niedzielę 6 listopada, padało do południa. Nie jestem zadowolona z tego jak przebiegała praca z koniem.
Nie dość że mnie pociągnęła, to mi zwiała...
Może jednak od początku.
Przyjechałam do niej, troszkę padało. Mama mnie zawiozła, bo miałam przywieźć sobie skrzynki na podpórki do przeszkód (zaczynamy zbierać tego typu skrzynki na wiosnę). Nie było jakoś tragicznie, ale zdawałam sobie sprawę z trudności zadania przede mną postawionego. Byłam sama, znaczy pracownik gdzieś się kręcił, ale Willa nie było (Nadii ani tyle). Koń stał cały dzień, bo padało, a podłoże mokre.
"Z motyką na słońce" - to prawda, święta prawda