Drogi pamiętniczku!
Po powrocie z wakacji pierwsza praca z koniem okazała się porażką. Ciekawie się zapowiada, prawda?
Zaraz po powrocie z wakacje pojechałam do konia, nie mogłam się doczekać kiedy ją dosiądę i kiedy znowu popracujemy. Przyjechałam do niej i w sumie wszystko było ok, do czasu gdy trzeba było założyć siodło.
Zaczęła się wiercić, podkopywać, odsuwać. Nie chciała siodła, po chwili zrozumiałam dlaczego.
Zapinałam popręg - NIE MOGĘ W TO UWIERZYĆ! Pas nie sięga nawet do pasków, brakuje jakiś 2 pięści żeby zapiąć konia w siodło...
Coś wymyśliłam na szybko, bo była niesforna i zrobiliśmy pas do lonżowania domowej roboty na chwilę by ją wylonżować porządnie. W połowie pracy zdjęłam jej to COŚ z grzbietu i wsiadłam na oklep. Jednak niemiłe zaskoczenie - koń nie reaguje na łydki ani na wędzidło. Myślałam że się na niej rozpłaczę. Chwilę popracowałam na niej z grzbietu standardowo (zatrzymania, ruszania) i do stajni. Wiedziałam, że w kolejnym tygodniu ma być mój kuzyn.
"To będzie porażka, totalna masakra i wszystko co najgorsze..."- myślałam.
Tydzień później mój kochany Will stawił się u małej razem z tatą (swoim oczywiście) żeby pomóc. Schlebiło mi to. Zanim my przyjechaliśmy (mój kuzyn, jego córka i moja mama) to zdążyli małą wyczyścić, na siłę zapiąć siodło i wylonżować to co najgorsze - żeby koń nie odwalał podczas "pokazu". Jak tylko przyjechaliśmy to pobiegłam po moją zbroję i przejęłam maleńką (niech wie kto rządzi). Will w międzyczasie przyniósł kilka drągów i wiadra do ich ustawienia.
BTW - wiem że była niesforna więc trochę się obawiałam tego Show.
Mój kochany rycerz wraz z tatą ustawiali przeszkodę, kiedy ja pokazywałam w jakim stopniu koń ufa mi - po ludzku pokazywałam jak za mną podąża.
Po krótkiej chwili wsiadłam, rozstępowałyśmy się i zaczął się kłus. Wszystko w porządku, więc zaczęłam ćwiczenia posłuszeństwa: zatrzymanie z kłusa, ruszenie ze stój do kłusa. Jak wykonała to ćwiczenie prawidłowo (o czym oczywiście oznajmiłam naszej publice) zebrani zaczęli klaskać.
Okazuje się że Vega bardzo chętnie robi pokazy dla braw! Jak usłyszała oklaski podniosła dumnie głowę i sama z siebie zaczęła angażować zadek. Bardzo mnie zaskoczyła, więc przeszłyśmy do pokazania mojej rodzince ćwiczenia zaufania mojego wobec konia. Ruszyłyśmy kłusem, przytuliłam się do niej, wyrzuciłam nogi ze strzemion, puściłam wodze. Koń nadal dumnie chodził. Postanowiliśmy więc pokazać na co ją stać - ustawiono krzyżaka (kopertę jak kto woli).
Szczerze powiedziawszy bałam się, z wielu powodów - m. in. że koń nie będzie chciał skakać, że się zatrzyma, że spadnę jak na treningu w stadninie w której jeżdżę oprócz Vegi.
Mimo to musiałyśmy - w końcu po co by były przeszkody? Kłusik i próbujemy - pierwszy skok troszkę nieudany, ale czego się spodziewać (do tej pory skakała tylko sama, bez jeźdźca).
Drugi raz super! Ja się prawie popłakałam ze szczęścia, ustawiono więc stacjonatkę, mnie zaczęło ściskać w gardle, na co Vega radośnie zarżała. Kochany koń.
Przodem do publiki najechałyśmy na prowizoryczną przeszkodę - malutka podręcznikowo pokonała przeszkódkę.
-Próbujesz bez rąk? - Zapytał mnie Will
-W sumie, to czemu nie?
-Czujesz się na siłach żeby spróbować?
-Dawaj, bardziej gotowa nie będę. - odparłam.
Najazd na przeszkodę prawidłowy, puściłam wodze, ręce rozpostarłam szeroko. Veg-Veg skoczyła, co prawda strąciła, ale to pewnie przez dezorientację z powodu nagłego wypuszczenia wodzy.
Po pokazie wsadziłam córkę mojego kuzyna na tego boskiego rumaka. Podstawowe ćwiczenia w stępie na skręcanie i małe drągi na stęp. Bardzo jej się podobało - nie mogłam młodej ściągnąć z Vegi! Rodzina była zachwycona! A ja dumna z konia, bo była to nasza próba - dowód zaufania jednej do drugiej i próba pracy półrocznej.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz