poniedziałek, 3 października 2016

Terenik


Kochany pamiętniczku!



Razem z kochaną Veg-Veg w sobotę wybrałyśmy się w teren. Znaczy nie od razu jak przyszłam! A było to tak...

Zaspałam rano na autobus i zamiast jechać tym o 7 i być tam przed 9 byłam przed 11 co mocno mnie irytowało. Mój wspaniały Will pomógł mi, zawsze jest kiedy go potrzebuję - wspaniały z niego chłopak. Ale nie o tym mowa teraz.


Ściągnął naszą księżniczkę z pastwiska i zaczął czyścić - spisał się, nie było żadnej sklejki! A do tej pory musiałam po nim poprawiać zazwyczaj zawsze. Powygłupialiśmy się troszkę, ale żeby nie tracić czasu ja robiłam z boksem, a on kończył czyścić.





W chwili przerwy odczuliłam małą na moje ponczo, nieskromnie mówiąc wygląda w nim naprawdę uroczo!


<Co Ty Mi Tu RoBiSz?>




Jakoś tuż przed godziną 11 osiodłaliśmy malutką, co nie było łatwe, nie chciała się dać osiodłać. Wierciła się, chodziła, była nerwowa, ale jakoś w końcu się udało. Tym razem założyliśmy piękne siodło west - przepięknie w nim wygląda! 

Will wziął lonżę, a ja bat do lonżowania. Poszliśmy więc na łąkę, tam gdzie zawsze jeździmy. Najpierw kilka kółek stempa, kłus i.... POSZŁA! Zaczęła baranować, rzucać się, brykać. Zadowoliło mnie to bo miałam wsiadać, a po czymś takim wiedziałam że nie będzie pode mną szaleć (taki typ konia).
"Spuściliśmy z niej parę" więc wsiadłam. Okrążenie kłusa w jedną, okrążenie w drugą. 

-Will, skarbie odepnij lonżę. - rzuciłam hasło


-Jesteś pewna? - z notką niepewności zapytał mnie, to takie kochane, że się o mnie troszczy

-tak, zdecydowanie. - odpowiedziałam pewnie, po czym dorzuciłam na rozluźnienie sytuacji - przecież muszę Cię jakoś przegonić w tym terenie - puściłam Willowi oczko, zaśmiałam się i ruszyłam z Vegą po naszym prowizorycznym placu. 


Bardzo grzecznie klacz chodziła, nie buntowała się, grzecznie chodziła, chętnie. Ucieszyło mnie to, bo dawno nie była taka chętna do pracy.

Ubrałam się, żeby sprawdzić w terenie nasz pierwszy zestaw strojeniowy - dziki zachód (nie jest naj, ale nie powiem, wygodnie się jeździ) i pojechaliśmy. Mój mężczyzna do plecaka oprócz wody spakował mój kask (jechałam w kapeluszu) i rękawice. Fajnie tak jechać razem, nawet jeśli on jechał rowerem a ja wierzchem. 


Wyruszyliśmy, już przy wyjściu na łąkę miałam z nią kłopot, po czym przypomniałam sobie, że ktoś kiedyś mi powiedział "hucułom się ufa, jeśli nie chce iść to znak, że coś jest nie tak". Prawda! Mała nie chciała iść od łydki, szła do Willa, za nic nie chciała przejść obok starej, drewnianej szkopy. Oberwała ode mnie z wodzy w łopatkę i zadembowała. Nie spodobało mi się to, więc powtórzyłam czynność, a tu nowość, zamiast dembować ona "uciekła" ze mną na grzbiecie i zatrzymała się. Wpatrywała się w szopę, za chwilę patrzę...
-Zaskroniec! - zaskoczona krzyknęłam, a to małe pełzające stworzonko przepełzło nam przed kopytami, Vega prychnęła. - dziękuję Ci ślicznotko - szepnęłam do niej i pogłaskałam ją. 

Po chwili grzecznie i chętnie kłusowałyśmy już pod górę. Pod koniec był problem - psy już słychać. Koń się zaczyna bać, więc mój partner złapał ją, ja uspokajałam maleńką z góry. Wyszła na pagórek, ale bała się. Musiałyśmy przejechać obok kilku domów, w których mieszkają psy, dużo psów. Po przejściu jeszcze jednej małej łączki zeszłam, klacz była tak przerażona, że najchętniej by zawróciła i popędziła do stajni.
-Wszystko będzie w porządku - powiedziałam patrząc w jej cudną sierść na głowie. 
-w porządku? - Will podszedł z troską
-Tak, mamy mały kłopot z psiakami, ale damy radę - mówiąc to zwróciłam się do konia i dodałam - prawda? My odważne jesteśmy i potrafimy takim małym pieskom pokazać!
Koń zarżał. 


Po chwili stwierdziłam, że lepiej będzie jak ją dosiądę, w końcu mamy wówczas lepszy kontakt. Tak też uczyniłam. Przejechałyśmy kolejny fragment, a najgorsze dopiero przed nami. Dwa owczarki po prawej stronie, a po lewej dog niemiecki - w tym samym miejscu... Nie chciała iść z sygnału z ziemi, więc zeszłam, mało mi się nie wyrwała z powrotem do stajni. Will ją złapał i zadeklarował się że przeprowadzi ją na drugą stronę. Ja wzięłam rower i pognałam za nimi. 

Jedziemy już trochę, kłus, stemp i robimy za atrakcję turystyczną - ludzie! Czy Wy nigdy konia nie widzieliście? Na wsi jesteście! Mniejsza...
Kolejny incydent z psiakami, ale daliśmy radę i przyszedł czas, gdzie mnie poniosły emocje. Piękna, długa, szeroka, malownicza ścieżka która się aż prosi by zagalopować! Ścisnęłam maleńką łydeczkami, a ta ku mojemu zdziwieniu zagalopowała! Wow!!! 
Do tej pory był problem na lonży. Galopowałyśmy kawałek, po czym znalazłyśmy się na takiej polanie:



<CzAs Na PrZeRwĘ>



Pięknie tu, prawda? Zrobiłyśmy sobie tam przerwę, żeby i Vegi miała chwilkę dla siebie, nie tylko ja. Po czym ruszyliśmy dalej. Po niecałych 10 minutach byliśmy u rodziców Willa, niespodzianka się udała. 

Powrót był najkrótszą drogą, obok stadionu piłkarskiego potem do góry i w ten sposób zrobiliśmy pętlę. 



Vega i ja byłyśmy bardzo zadowolone, Will chyba też, ale szczerze mówiąc ciężko po nim cokolwiek wyczytać. W każdym bądź razie, pocałunek i uścisk dziękczynne odwzajemnił, więc chyba i jemu się podobało w terenie.

Na dziś to tyle. Ciekawa jestem jak ona się zachowa po tym przy pracy nad galopem!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz