Kochany pamiętniku!
Dawno mnie nie było, z miesiąc? Może dłużej, sama w sumie nie wiem czemu miałam taki przestój. Nie ważne. Niewiele się działo aż do zeszłego tygodnia, więc zacznę od tamtego.
Jejku! Strasznie to chaotyczne, więc od początku.
Ostatnio w grudniu byłam może 2 razy, potem w styczniu raz no i teraz. Cóż mam powiedzieć. W grudniu pracownik podniósł mi ciśnienie do tego stopnia, że zabraliśmy z Willem rzeczy i rozważałam czy nie zrezygnować z tych koni.
Zarzucił mi brud w boksach, brud na sierści koni oraz to że zwierzęta nie chodzą na pastwisko. Wydarłam się wówczas na niego, krzycząc, że w takich warunkach nie będę pracować z końmi, ponieważ to nie na moje nerwy, a moje zdrowie ważniejsze i że jeśli konie dostaną ochwatu lub kolki to nie będzie to moja wina. Przecież nie mogę tam być codziennie. Po tej awanturze zadzwoniłam do właściciela, naświetliłam sytuację i poszłam do mojej kochanej księżniczki, która była równie podenerwowana jak ja.
Praca do tej pory była spokojna, dość na poziomie i dość się Vegi nie cofała. Jedyny kłopot: przy czyszczeniu i siodłaniu - koń się "ryje" na osobę oporządzającą.
Tego dnia gdy zrobiliśmy z Willem awanturę, mój rycerz chciał po mnie wsiąść na Vegę na oklep. Ja się z nią bawiłam i pracowałam, a następnie puściłam go. Początkowo było dobrze, fajnie sobie radził, tylko troszkę spięty był. Po jakimś czasie młoda go poniosła i zrzuciła, właściwie to wwiozła w drzewa i biedny brunet osunął się na ziemię. Moja interwencja była konieczna, noga jakimś cudem mu się zaplątała w wodze.
Ostatnio byliśmy z nimi w terenie, jedyny kłopot to śnieg - przyklejał się niemiłosiernie do kopyt Rdzawki, przez co niestety musiałam ciągle schodzić i odczepiać. W połowie drogi zeszłam i prowadziłam ją, bo kręgosłup i jej i mój mógłby nie wytrzymać takiego obciążenia przy takiej częstotliwości wskakiwania.
Teraz, znaczy wczoraj, to jest 21 stycznia 2017 roku przyjechałam i wspominając ostatni wypad z moim ukochanym (wchodzimy do stajni czysto, konie w miarę wyczyszczone, spokojne) zobaczyłam prawie to samo co ostatnio. Tym razem jednak jestem sama. Przebrałam się i wyciągnęłam Vegę. Przy czyszczeniu dość nawet w porządku, przy siodłaniu troszkę niepokoju, ale poszło (jak na nią) gładko. Owijki założone i nagle Rdzawka idzie na pastwisko (pracownik ją wyciąga). Vega SZAŁ! Zerwała ogłowie...
Musiałam ściągnąć resztki z jej łba i założyć stare wędzidło do kantara. Ok, udało się. Zapięłam lonżę i wzięłam przed stajnię do pracy. Na początku niespokojna, chciała iść do drugiego konia, ale z czasem skupiła się na pracy. Ta wyglądała następująco:
Z ZIEMI:
Dużo kłusa, bo za ślisko na galopy, głównie stare dobre ćwiczenia - szybki, wolny kłus, stęp-kłus-stęp, zatrzymania, ruszania. Stary, dobry, luźny trening. Potem doszedł jeden większy drąg na myślenie o podłożu (nie zakładałam haceli). Początkowo albo wymijała, albo próbowała skakać, z czasem normalnie podnosiła nogi.
Z SIODŁA:
Początkowo podstawy przypomnienie - ruszamy, zatrzymujemy i kłus. Potem nauka cofania, tu stylem west (niestety poradniki internetowe, nieco bardziej profesjonalne filmy instruktażowe, ale wykonywała to co chciałam, gdy robiłam to co mówili na filmach, więc chyba dobrze). Nauczyła się też piwota w stępie i uczymy się ustępować od łydeczki w stępie. Dość nawet to idzie.
Na koniec jeszcze ćwiczenia dla równowagi i spokoju konia, w końcu na niej mają kiedyś dzieci jeździć. Mogę sobie siedzieć na jej zadku, wygodnie.
Na koniec rozciągałyśmy kręgosłup, nogi i masowałyśmy sobie szyję.
Z Rdzawką trochę mniej pisania. Wyczyściłam, rozciągnęłam kręgosłup, założono nam hacele i pojechałyśmy w terenik, do okolicznych zagajników. Pies właściciela Puszek bardzo chętnie i wiernie nam w tym towarzyszył. Rdzawka chętnie szła, momentami sama z siebie przyspieszała, więc nie hamowałam. Sama też dzięki temu mogłam odpocząć. Byłyśmy na może 40 minut, ale to i tak dość sporo jak na jej nogę.
Posprzątałam stajnię, wypiłam herbatę z właścicielem, odwiedziłam jeszcze krówki i poszłam na autobus. Właściciel jest bardzo miły i niesamowity. Razem z żoną będą chcieli się uczyć od wiosny jazdy, tym bardziej muszę Vegę przygotować jak pod dzieci.
Zapamiętać:
*Wyprać owijki
*Wybrać nowy fraczek
*Wyprać nowe bryczesy
*Spakować strój konkursowy na zawody (zabezpieczyć przed brudem i szkodnikami)
*W końcu odpocząć
To chyba tyle. Na "do widzenia" chciałabym Cię przyjacielu przeprosić, ponieważ przez tamtą awanturę z pracownikiem jakoś nie miałam ochoty, siły a może weny... Nie wiem. Po prostu odechciało mi się pisać i pracować z końmi.
Do następnego!
PS: Jak się uda to za tydzień trenerka pojedzie ze mną w terenik! Nie mogę się doczekać!
Nie warto się poddawać. Nie porzucaj swoich marzeń! Swoją drogą bardzo ciekawy blog, czekam na następny wpis z niecierpliwością.
OdpowiedzUsuńMiałam mały przestój, ale nazbierało się troszkę. Wracam do pisania i cieszę się że komuś się to podoba :)
OdpowiedzUsuńTo miłe