niedziela, 16 kwietnia 2017

Wielki powrót... tylko czego?

Kochany pamiętniku!


Ostatnio dużo się dzieje. Może na początek wspomnę, że spadłam 3 razy z Rdzawki, z czego w sumie 2 razy z własnej głupoty - ale to za chwilę. Ogółem konie się zmieniły, Vega schudła a Will dużo, dużo lepiej sobie radzi. Mieliśmy kilka przygód w terenie. Może po kolei, na czym skończyliśmy?




W sumie skończyłam Ci opisywać nasze wspólne wyprawy w tereny. Za którymś razem, już nie pamiętam kiedy, skopały się. Od tamtej pory są spokojne i razem chętnie wszędzie idą, nie potrafią bez siebie żyć! Bardzo mnie to cieszy, szczególnie że Vegi zaczęła zachowywać się jak koń, a nie mieszaniec psa, kozy, gęsi i kury.
Była też sesja zdjęciowa, bardzo jestem z niej zadowolona, choć było to tylko sprawdzenie czy koń nada się na ciepłe dni z długą suknią, młoda bardzo spokojniutka, choć próbowała dembować. Spodobało mi się, a to dziwne.

Zaczęło się robić cieplej, podłoże mniej twarde, zaczęliśmy wdrażać mocniej Rdzawkę do pracy. Początkowo nie chciała, próbowała kombinować, ale jak poczuła galop swobodny, na luźnej wodzy, tyle ile da radę (na początek) i że nogi nie bolą, to zaczęła naprawdę chętnie chodzić. To rzecz jasna dużo pracy było, pracowałyśmy nad tym od dawna. 

Zimą kilka razy pojechaliśmy we 4 do rodziców Willa, do pobliskiej stadniny. Nawet była przygoda w terenie, gdy prowizoryczny napierśnik strzelił, pękł. Właściwie to była ozdoba. Trzeba było rozsiodłać i osiodłać na nowo Rdzawkę, jedna i druga w panikę, bo ognisko na widoku, a gdzieś pies szczekał. Noc nas tam zastała, dosłownie. Zanim przyjechaliśmy do stajni było ciemno.

Zrobiło się naprawdę ciepło, wiosna. Świat budzi się do życia, pszczoły ospałe pojawiają się na pierwszych wiosennych kwiatach, pierwsze promienie słońca grzeją twarz, dłonie i powodują uśmiech na twarzach jeźdźców, którzy wybierają się w nowe miejsca. Sprawdziliśmy trasę na ołtarz Papieski, naprawdę fajna droga, klaczki chętnie tamtędy chodzą, a Ruda się rwie do galopu!
Jedna przygoda z tym miejscem związana. Za którymś razem galopowaliśmy, już z ołtarza do domu. Ruda poczuła się pewnie, przyspieszyła, stawiając coraz to mocniejsze kroki. Puściłam jej wodze, niech galopuje jak lubi i BUM! Pocałowałam ziemię! Odwracam się, zobaczyć co się stało - mój konik wstaje z gleby. Krzyknęłam tylko do Willa, żeby się zatrzymał. Sprawdziliśmy nogi klaczy, wsiadłam, Will za nami kontrolował tył, potem z przodu. Kłus, a Rdzawka w galop, pewnym krokiem. W domu jeszcze raz sprawdziłam jej nogi i zrobiłam chłodne okłady. Na szczęście nic się jej nie stało.
Po powrocie zdjęliśmy siodła, dalej siedząc na końskich grzbietach.Rdzawka zaczęła się paść, po niej Vega. Problem w tym, że starsza pode mną zaczęła kopać i nim się obejrzałam ona leżała. Jak się bidulka zorientowała, że ja jeszcze nie zeszłam całkiem, to chciała mi pomóc i przestać na chwilę. Po czym wstała, a ja w kolanie się zahaczyłam o jej szyję i jak długa na ziemię. Wzrok klaczy doprowadził mnie do głośnego śmiechu! Wyraz pyszczka rudzika przestawiał coś w stylu "przepraszam bardzo, ale co Ty robisz tu? Na ziemi? Jeszcze pod moimi kopytami! Przecież byłaś na moim grzbiecie"

Kilka dni później pojechaliśmy do lasu, sprawdzić nową ścieżkę. Tu niebezpieczny wypadek Vegi i Willa. Otóż podczas przeprawy przez niewielki, lecz o stromym podejściu strumień Vega się wystraszyła, potknęła i cofnęła. Will więc zszedł z konia by ją przeprowadzić z ręki. Przekroczył potok, potknął się, a Vega w tym samym momencie naskoczyła nad potokiem i "przytuliła" młodzieńca. Zanim się zorientowałam, mój ukochany był dosłownie pod koniem. Zwierzę z całych sił próbowało nie zgnieść mężczyzny pod sobą, napinała mięśnie i leżała na nadgarstkach. Wzięłam od chłopaka wodze i starałam się najostrożniej jak się dało podnieść konia. Niestety wystraszony kopytny potwór, próbując uwolnić się z tak niekomfortowej sytuacji podeptała Willa. Przeszła mu po na pewno po łokciu i musnęła kopytem o głowę. W tym miejscu rozcięła skórę. Wieczorem wylądowaliśmy na SORze w Nowym Sączu, dla bezpieczeństwa. Ja z tamtego dnia pamiętam panikę moją i konia, oraz obraz Willa leżącego plackiem pod koniem, który za wszelką cenę próbuje nie zgnieść człowieka. 

Will odpadł z ciężkiej jazdy na miesiąc i nauczył się zabierać zawsze kask ze sobą.

Podczas zwolnienia chłopaka z większego wysiłku ćwiczyliśmy raczej spokojnie, lekko. Zarówno Vegę jak i Rdzawkę. Na razie nie byliśmy po raz kolejny w tym lesie, dokładnie przy tym strumieniu. Nikt z nas nie ma chyba na tyle odwagi na tyle. 

Wróciliśmy do normalnej jazdy około miesiąc temu. Will zaczął się uczyć jak nie wypadać łopatką w zakrętach, poprawnego dosiadu i skoków. Niedawno też osiodłaliśmy Vegi w siodło angielskie, które było kiedyś małe, znaczy popręg był mały. Teraz nie dość że pasowało, to jeszcze musiałam podpinać kilka razy z obu stron. Ostatnio odkryłam coś bardzo ciekawego. Otóż Vedze łatwiej się skacze jak jeździmy bez strzemion. Może to mnie łatwiej utrzymać równowagę? Ważne że lepiej mordka skacze.

Na dziś to chyba tyle. Ogółem jest naprawdę o wiele, wiele, wiele lepiej.
Teraz pracujemy nad moją równowagą i strachem przed płotem. Tak, boję się płotu, ale to przez te "wybryki" z dawnymi akcjami mojej ukochanej VegVeg.
Przypomnę: mała wpychała całą sobą jeźdźca w płot. Will daje sobie z tym radę, potrafi sobie poradzić, ja niekoniecznie.

Przyjacielu, na dziś to tyle. Może się zbiorę do jakiegoś filmiku lub czegoś, ale wcześniej muszę wesprzeć mojego ukochanego w sprawie bardzo bolesnej oraz uporać się ze sprzętem.
Na dziś to koniec. 



Zapamiętać:*Wyprać czaprak
*Wyprać gąbkę
*Wyczyścić ochraniacze
*Zacząć szukać transportu dla konia



PS: Kochany przyjacielu, przepraszam za ten przestój, jakoś nie mogłam się zebrać, z różnych powodów. W sumie sama nie wiem czemu. Do następnego!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz