Przyjacielu!
Kwiecień plecień bo przeplata, trochę zimy trochę lata.
Tu z podkreśleniem ZIMY.
Wstałam rano, popatrzyłam za okno - leje. Skontaktowałam się z Willem i stwierdziliśmy, że nie ma sensu jechać dziś do naszych, bo nie będzie nawet co zrobić tak de facto. Tam lało jeszcze gorzej i nie zamierzało przestać. Cóż zrobić? Pogoda na razie zapowiada się tak na najbliższe 2 tygodnie.
Oby się to nie sprawdziło, bo zwariuję.
Jeszcze mało tego, pojechałam na trening, a tam ŚNIEG!.
Znaczy początkowo tylko padało, lekko. Dlatego czekaliśmy. Lekko przestawało i trener stwierdził że lepiej nie będzie, więc mam się siodłać. Wyszłam i trening ujeżdżeniowy. Zaczęło padać troszkę bardziej, a jak wsiadałam na konia to zaczynało sypać śniegiem. Myślałam że zwariuję, a był to bardzo luźna jazda, a śnieg coraz mocniej sypał. Wszystko było w porządku, aż do galopów. Znaczy w jedną stronę nie było problemu. Galop minimalnie w dół, w stronę altany.
Miyu co?
PANIKA - bo jakże by inaczej...
Próbowałam wszystkiego!
Zaczynając od uspokojenia galopu konia, przez wizualizację prawidłowego zjazdu, potem koła przed zjazdem, na koniec wmawiałam sobie że nie jestem tchórzem i dam radę.
Niestety nic z tego, nie potrafię. Chcę jakoś sobie z tym poradzić, ale nie umiem! To za trudne! Taki banał mnie pokonał...
Głupia równowaga...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz