wtorek, 18 kwietnia 2017

Kwiecień plecień - kocham...


Przyjacielu!


Kwiecień plecień bo przeplata, trochę zimy trochę lata. 

Tu z podkreśleniem ZIMY.
Wstałam rano, popatrzyłam za okno - leje. Skontaktowałam się z Willem i stwierdziliśmy, że nie ma sensu jechać dziś do naszych, bo nie będzie nawet co zrobić tak de facto. Tam lało jeszcze gorzej i nie zamierzało przestać. Cóż zrobić? Pogoda na razie zapowiada się tak na najbliższe 2 tygodnie. 

Oby się to nie sprawdziło, bo zwariuję.

Jeszcze mało tego, pojechałam na trening, a tam ŚNIEG!.




Znaczy początkowo tylko padało, lekko. Dlatego czekaliśmy. Lekko przestawało i trener stwierdził że lepiej nie będzie, więc mam się siodłać. Wyszłam i trening ujeżdżeniowy. Zaczęło padać troszkę bardziej, a jak wsiadałam na konia to zaczynało sypać śniegiem. Myślałam że zwariuję, a był to bardzo luźna jazda, a śnieg coraz mocniej sypał. Wszystko było w porządku, aż do galopów. Znaczy w jedną stronę nie było problemu. Galop minimalnie w dół, w stronę altany.
Miyu co?
PANIKA - bo jakże by inaczej...

Próbowałam wszystkiego!
Zaczynając od uspokojenia galopu konia, przez wizualizację prawidłowego zjazdu, potem koła przed zjazdem, na koniec wmawiałam sobie że nie jestem tchórzem i dam radę.
Niestety nic z tego, nie potrafię. Chcę jakoś sobie z tym poradzić, ale nie umiem! To za trudne! Taki banał mnie pokonał...

Głupia równowaga...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz